„Oni zadają nam swoje pytania, bez słów...”

Można ją okrążyć piechotą w jeden dzień. Lampedusa - mała włoska wyspa, należąca administracyjnie do Sycylii, gdzie „pomosty wyciągają ręce do morza jak matka”, a morze wyrzuca na brzeg listy, edycje Koranu, widelce, buty, otwieracze do puszek... Wśród tych przedmiotów słychać narastający głos – wołanie o pomoc.

 

Magdalena Oskiera
tekst powstał w ramach Akademii Młodego Dziennikarza

 

„Wielki przypływ” to dość mała książka. 136 stron luźno wydanych w miękkiej oprawie o znaczącej, niezbyt metaforycznej okładce, przedstawiającej wyspę. Notabene po przeczytaniu kilku pierwszych stron od razu dowiadujemy się jakiej. Zatrzymując się przy okładce, na pierwszy rzut oka jej grafika emanuje chłodem, wzbudza wręcz uczucie obojętności wobec nadmiernej prostoty użytych środków, które nie powodują zatrzymania wzroku na dłużej i doszukania się głębszego sensu. Ze względu na ukazanie ilustracji wyspy w całości widzianej z góry, wywołuje nieuniknione skojarzenia z podręcznikiem do geografii, co – jak się okaże – nie jest do końca błędną sugestią. Można by określić – zalążek typowej literatury faktu, niewymagającej od czytelnika dużego wysiłku intelektualnego. Zanim otworzymy książkę, doznajemy obawy, że nasza rola ograniczona zostanie do wyobrażenia sobie tego, co jest opisane, przyjmując, że wydarzyło się to naprawdę i nie będzie tu zbyt dużej ilości podtekstów czy fantazji autora.

Jarosław Mikołajewski pracę nad reportażem z Lampedusy, geograficznej bohaterki książki, rozpoczął w 2013 roku, odwiedzając ją po raz pierwszy. Wszechstronny pisarz, poeta, eseista i prozaik po serii wydanych esejów, rozmów, a nawet książek dla dzieci, w „Wielkim przypływie” po raz kolejny odkrywa swoją sympatię i zafascynowanie Włochami, tamtejszą kulturą i językiem. Właśnie jako tłumacz języka włoskiego, mający w swoim dorobku translatorskim przekłady Dantego, Petrarki, Michała Anioła czy choćby „Pinokia” Carla Collodiego, nie omieszkał użyć swoich zdolności językowych do zbadania problemów i kultury Italii. Na wyspę wrócił dwa lata później, żeby opisać zjawiska nękające ten mały punkt na mapie i poruszające sumienia nieco ponad sześciu tysięcy jej mieszkańców. Tym razem wrócił, żeby uderzyć do sumień ludzi w Europie, którzy – jak się dowiadujemy – nie zdają sobie sprawy, że na takie małe wyspy codziennie przybywają setki uchodźców z Afryki.

Trzeba przyznać, że autor przed wyjazdem doskonale przygotował się do swojej misji, wnikliwie zapoznał się z historią Lampedusy. Trafnie wybiera sobie także rozmówców wśród mieszkańców, chcąc dotrzeć do zwykłych ludzi. Dzięki temu książka stanowi swoisty zbiór wywiadów, przeplatanych własnymi obserwacjami i doświadczeniami autora. Na swojej drodze spotyka lekarza, byłego burmistrza, ukrywającego się przed ludźmi i kopiującego Caravaggia, duchownego, opiekunkę żółwi, miejscowego artystę. W każdym rozdziale oprócz wstępnych i końcowych znajdziemy wymianę myśli z osobą, która nie przechodzi obojętnie wobec dramatu uchodźców. Inicjujący rozmowę szybko zjednuje sobie rozmówcę, odważnie wchodzi z nim w dialog, nie boi się stawiać pytań, nie wstydzi niewiedzy czy wątpliwości, czym stopniowo zyskuje także sympatię czytelnika. Polemika prowadzona jest w szybkim tempie, bez zbędnych wstępów przeradza się w pełne emocji wyznania dotykające głębi serca odbiorcy. Rozmowy wplatane są w fabułę, która ukazuje kolejne etapy odkrywania przez autora mentalności wyspy.

Przechadzając się ulicami, dochodzi on do rozmaitych wniosków. Raz przed oczyma staje mu sielanka życia Włochów, którzy bez przerwy mogą cieszyć oczy pięknem plaż i bezkresem morza, oddawać się niestresującej pracy i spędzać wieczory w towarzystwie przyjaciół. Zaraz jednak ściera się ze wspomnieniami i doświadczeniami ludzi, którzy codziennie walczą o życie każdego imigranta z Afryki, próbują im pomóc czy też analizują problem od środka. Przechodząc przez zaledwie kilka rozdziałów, zauważyć można opisy miasta, architektury, przyrody regularnie się powtarzające. Nie brakuje tu stawiania pytań o ubytki estetyczne zabudowań czy flory wyspy. Pod tym względem Lampedusa jest niezwykle uboga. Autor dziwi się, dlaczego tak jest. Kto by pomyślał, że dla przybyszy z Afryki stanie się Arkadią, bramą do Europy?

Reportaż wiernie odtwarza prawdziwą sytuację ludzi dwóch światów, dwóch rożnych środowisk stykających się ze sobą na granicy morza i lądu, dnia i nocy, życia i śmierci. Merytorycznemu bogactwu dynamizmu dodaje jasny, konkretny styl. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie liczby pojedynczej w czasie teraźniejszym. Nie ma tu miejsca na niedomówienia, perswazje, bogate metafory. Są za to odważne analogie, chociażby zwrócenie uwagi na napis na jednej z bram lotniska – „Drzwi Europy”, który wywołuje „skojarzenia [...] z innym – ARBEIT MACHT FREI.” Nieskrywane emocje zarówno autora, jak i rozmówców nadają literackiemu reportażowi podróżniczemu subiektywny i osobisty charakter. Mikołajewski, jak sam pisze, podróżuje do Włoch „od prawie 40 lat”, lecz mimo to na Lampedusie doznaje przeżyć wcześniej mu nieznanych.

Z niezwykłym wyczuciem i w charakterystycznym dla siebie stylu Jarosław Mikołajewski odkrywa przed odbiorcami fenomen literatury faktu jako dowodu na istnienie człowieka i świata. Są oni obdarowywani bezcennym autentyzmem i spostrzeżeniami. Utwierdzają się w przekonaniu, że reportaż to taki literacki wynalazek, pomagający jednym ludziom zrozumieć drugich.