Jestem barbarus. Barbarzyńca

 

 

Filip Świtaj
tekst powstał w ramach Akademii Młodego Dziennikarza

 

 

 


Faraon

Szkolenie menedżerskie pod Frankfurtem nad Menem. W salce dwoje Polaków i dziesięciu Niemców. Kulturalny, bardzo szczupły, wysoki. Brązowe oczy, oliwkowa, smagła cera. Gęste, kręcone włosy, bijące bielą, jak perły, zęby. Lat 27. Wchodzi spóźniony, wyglądem przypomina młodego faraona Egiptu albo emira arabskiego. Niemcy punktualni, z zadartymi nosami, poważni. Niektórzy się uśmiechają, inni gromią wzrokiem. Mustafa podchodzi uśmiechnięty, przeprasza, ale zabłądził przy zjeździe z autostrady. Siada. Dalej spotkanie odbywa się normalnym trybem.

Barbarus

Maroko od roku 1956 nie jest już kolonią francuską. Kraj Berberów czy, jak sami o sobie mówią, Amazigh – „ludzi wolnych”,  odzyskuje niepodległość. Dla Europy nadal pozostają barbarus, barbarzyńcami.

Mustafa

Młode marokańskie małżeństwo postanawia poszukać lepszego życia. Udają się do Niemiec, do miasta Frankfurt. Nie mówią w żadnym obcym języku. Nie umieją też czytać i pisać. Udaje im się doprosić o mieszkanie socjalne. Kiedy tam przebywają, kobieta rodzi syna, któremu daje na imię Mustafa.

Imigrant

Lekarz, Niemiec zbliżający się do pięćdziesiątki dowiaduje się, że jeden z uczniów pobliskiej szkoły, drugoklasista, prawdopodobnie zostanie z niej usunięty. Do tego jego rodzina może mieć problemy z Jugendamt – urzędem ds. dzieci i młodzieży. Chłopiec podpalił murawę boiska, szkoła ma ogromne straty. To jeden z tych imigrantów, coraz ich więcej ostatnio. Jego ojciec, kiedy się o tym dowiedział, rzucił się na niego z paskiem od spodni w ręku. Ledwo go odciągnęli. Historia opowiedziana przez sąsiada nie daje spokoju także jego żonie, również lekarce. Rozmowa ciągnie się do późna. Postanawiają prosić szkołę o umorzenie kary za wybryk dziecka. Zobowiązują się do nadzoru nad nim oraz do rozmowy z jego rodzicami.

Marokańczyk

Kolejna część szkolenia menedżerskiego odbywa się w Warszawie. Na kolacji rozmowy są powierzchowne. Spośród grupy niemieckiej z dwojgiem Polaków w rozmowy, wychodzące poza kurtuazję, wdają się dwaj mężczyźni. Pierwszy to Fathi. Jego rodzina pochodzi z Turcji. Drugi to Mustafa. Jest synem imigrantów z Maroka, Berberów. Jego rodzice zupełnie sie nie zasymilowali. Przecież są analfabetami. Gdyby nie podpalił wtedy boiska, pracowałby pewnie na lotnisku tak jak jego pięciu braci i ojciec. Dzięki małżeństwu dwojga lekarzy zobaczył, że można żyć inaczej niż rodzice. Sami nie mieli dzieci, jego przyjęli jak syna. W książkach dali mu wolność, niczego nie narzucali. Z dwojgiem przyjaciół spędzał Boże Narodzenie i Wielkanoc. Na zakonczeniu szkolenia dziękuje, że nie było wieprzowiny.

Mąż

Mustafa Haduh w sklepie Kruk kupuje pierścionek zaręczynowy. Jutro wraca do Frankfurtu. Wezmą ślub cywilny, bo ona jest niewierząca, ale jemu to nie przeszkadza. Mówi, że chciałby nadal się modlić i przestrzegać ramadanu. Przyszłej żonie nic nie narzuci.

Syn

Rodzice mężczyzny o oliwkowej cerze i jego pięciu braci nadal pracują fizycznie, w więksości na lotnisku. Bracia zatrudnili się odrazu jak tylko mogli. Nie widzieli sensu by się uczyć. Mustafa nie ma żalu do rodziców, że nie akceptowali jego studiów. Jak mogli rozumieć cel siedzenia przez kilka lat nad książkami? Stara się im pomagać jak tylko może. Ich rozmowy są raczej powierzchowne. Nadal czuje się z nimi związany. Małżeństwu lekarzy zawdzięcza wszystko, co osiągnął.