Burza XXI wieku


Są granice, których przekroczenie może wiele nas kosztować. Jednak czy nie warto zaryzykować? Czy żądam od życia zbyt wiele?

 
Paulina Gajewska, Joanna Wojciechowska
tekst powstał w ramach Akademii Młodego Dziennikarza

 


- Ludzie ratujcie swoje domy! Dzikusy dzikusy! - wykrzyczał jakiś nieznajomy.

Ludzie szybko wybiegli z kościoła, na samym końcu ksiądz. Nikt nie poznał rynku. Grupa przybyszów zniszczyła go doszczętnie. Drzewa połamane, kwiaty wyrwane, ratuszowe drzwi miały ogromną dziurę. Dorota zatrzymała kogoś.
- Co się dzieje? - zapytała.
- Rząd otworzył granice, wszyscy uchodźcy z czterech krajów do nas przybywają -odpowiedział przechodzień.

Kobieta biegiem wróciła do domu. Nie musiała otwierać drzwi, były otwarte.
- Kochanie! Kochanie! -
- Tutaj jesteśmy! - odparł mąż Doroty, Franek.
Ich mały synek zalewał się łzami. Dorota wzięła go na ręce i utuliła. Musiał poczuć się bezpiecznie, bo przestał łkać. Kiedy Jaś usnął, małżeństwo zaczęło sprzątać swój dom. Długo rozmawiali o tej niepokojącej sytuacji, włączyli telewizor, a tam usłyszeli to, co niekoniecznie chcieli usłyszeć. Od tego dnia mieszkańcy miasta będą dzielili swój los z obcymi.

 
Parę lat później…

Sytuacja rodowitych mieszkańców miasta nie była dobra, nie mieli żadnych oszczędności, ledwo starczało im na bieżące wydatki –  i na nieszczęsne podatki. Podatki, które były inwestycją w obcych. Obcy nie pracowali, a wszystko im się należało, do tego męczyli ludzi - rodowitych mieszkańców miasta. Nachodzili ich, zagadywali na ulicy. W dodatku ustanawiali nowe prawa, na przykład w niedziele do kościoła można było chodzić tylko o 8.00 i 18.00. Ich dzieci mogły chodzić do szkoły 5 dni w tygodniu, a dzieci mieszkańców tylko 3 dni. Tutejsi musieli również pracować o wiele dłużej niż obcy. A młode pary? Zanim się pobrały, musiały podpisać umowę, w której zawarty był przepis, że dziecko niniejszej pary jako pierwsze przyjmie imię obce.

Obcy nie zawsze byli źli, dużo osób asymilowało się z tutejszymi. Kobiety spotykały się razem, zakładały kółka krawieckie lub kucharskie, wymieniały się swoimi przepisami i pokazywały różne sposoby szycia. Mężczyźni działali podobnie, jednak oni przeważnie tworzyli kluby sportowe. Bywały miesiące bez aktów wandalizmu, kiedy można było spokojnie wyjść z domu i bezpiecznie do niego wrócić.

Jaś rósł jak na drożdżach, a jego rodzice przyłożyli dużą uwagę do tego, aby wychować go w duchu patriotycznym oraz żeby darzył on szacunkiem wszystkich ludzi. Syn uczęszczał więc na wiele kółek zainteresowań, miał mnóstwo znajomych, którzy szczerze go lubili oraz brali z niego przykład. Jaś był odważny, inteligentny, miał poczucie humoru, w dodatku był niesamowicie przystojny. Przystojny szatyn z niebieskimi oczami! Niebieskie oczy to za mało powiedziane! W tych oczach można było zatopić się jak w morzu. W dodatku młodzieniec był wysoki i dobrze zbudowany. Jego widok wprawiał w osłupienie niejedną pannę.

Rodzice Jasia starali się utrzymywać pokojowe stosunki z obcymi. Mama chodziła na kółko krawieckie. Takie spotkania wyglądały przemiło i nie było widać żadnych nieporozumień między nacjami. Kobiety piły kawę, jadły ciasto, wymieniały się spostrzeżeniami na temat książek. Pewnego razu Jasiek musiał przeszkodzić mamie w takim spotkaniu.

Miłość bez błogosławieństwa

Młodzieniec zaczarował wiele dziewczyn, ale jedną pannę szczególnie. Była to wyjątkowa dziewczyna. Ciemne włosy i zielone oczy podkreślały jej urodę. Pochodziła z wyjątkowej rodziny. Jej matka była zwolenniczką zgody pomiędzy obcymi a tutejszymi, ale ojciec był komendantem policji „obcych”…

Jaś i Lena od razu zainteresowali się sobą, co niestety nie spodobało się bratu dziewczyny. Pewnego razu, kiedy Jaś wychodził ze szkoły, Alex wraz z bandą kolegów dopadł go i zagroził, że jeśli nie zostawi jego siostry, to stanie mu się krzywda. Jaś nie zostawił ukochanej, więc czekała go kara – został pobity. Trafił do szpitala, gdzie spędził miesiąc. Był pod stałą opieką lekarzy.

Lena czuła się odpowiedzialna za tą sytuację. W domu stanowczo pokazywała oburzenie i nienawiść do brata za to, jak się zachował. Nie siadała nawet przy jednym stole z rodziną, nie rozmawiała z nikim prócz matki. Ojciec pewnego razu wziął sprawy w swoje ręce i odebrał córkę ze szkoły. Ta skazana była na rozmowę z nim. Komendant jechał bardzo wolno, widać było, że mu się nie spieszy, widoczny był też żal w jego oczach. Rozmowa zaczęła się prostymi słowami „Przepraszam, żałuję”. Córka wyjawiła ojcu, że nie pojmuje jego poglądów. Że to, co się dzieje z „ludźmi-tutejszymi” jest straszne, że nie można pozbawiać ich zdrowia i edukacji. „Czego im jeszcze zabronisz?” – zapytała ojca. Mężczyzna rozpłakał się i wyznał, że robił to wszystko dla niej, dla rodziny. Powiedział, że nie chce aby utracili oni swoje korzenie i tożsamość.

Komendant obiecał córce, że zmieni swoje postępowanie. Jak obiecał, tak zrobił - zaczął propagować nowe poglądy wśród kolegów z pracy. Części się spodobało, druga część miała ochotę pozbawić go posady. Jednak staruszek został na swoim stanowisku, a jego przeciwnicy zrobili coś o wiele gorszego…

Obrona wywołała atak

Był wtedy bardzo pochmurny dzień, nad miastem unosiła się mgła. Lena jak co dnia wyszła do szkoły, ale tym razem tata po nią nie przyjechał. Coś zatrzymało go dłużej w pracy, musiała wracać do domu pieszo.

Szła przez park, który znajdował się przy rynku, nagle upadła. Straciła przytomność, a kiedy się obudziła, poczuła niesamowity chłód. Otworzyła oczy i uświadomiła sobie, że jest w starej piwnicy ratusza, gdzie dawniej znajdowała się komenda policji. Z powodów słabych warunków komendę przeniesiono do nowoczesnego budynku, a tu zrobiono archiwum. Dziewczyna domagała się pomocy, niestety bezskutecznie. W piwnicy spędziła trzy noce: bez jedzenia, jedynie z litrową butelką wody.

Przez ten czas jej rodzina nie wiedziała, co się z Leną dzieje. Przed oczyma jej matki pojawiały się najgorsze wizje. Ojciec nie wytrzymał i ruszył do domu Janka. Myślał, że tam ją znajdzie. Jak można się domyślić, nie było jej jednak u Jasia. Na marne szukał córki również u koleżanek czy nawet u nauczyciela, który uczył gry na skrzypcach.
Zaczęło ją szukać całe miasto. Porywacze stwierdzili, że to zbyt ryzykowna sytuacja, więc w końcu ją wypuścili, a ojcu dostarczyli list. „Jeśli chcesz, żeby córka była bezpieczna, to nie pomagaj tutejszym” – brzmiała groźba zawarta w korespondencji.

Epilog

Ojciec Leny nie zrobił z tą informacją nic, czego oczekiwałby nadawca. Zaczął działać jeszcze intensywniej w strefie zjednoczenia różnych nacji. Aż w końcu, po sześciu latach walki, udało mu się. Zwyciężyła opcja porozumienia między „tutejszymi” i „obcymi”.

Po tym czasie Lena i Jaś wzięli ślub i spodziewali się pierwszego dziecka. Dziecka, które urodzi się w wolnym państwie, a wychowa w dwóch kulturach. Dawniej często się zwalczających, teraz tworzących wspólną społeczność i budujących obiecującą przyszłość.

 

 

Autorki:

wojciechowskaj1 gajewskap